15 marca (czwartek) wybrałam się w drogę powrotną do domu z Bartkiem. Przez Kraków (istotne). W piątek odwiedziłam LO. Po południu Kraków. Piwnica pod Złotą Pipą i Teatr Stary i "Pan Tadeusz' (Zosia Zosia ZOSIA Zosia Zosia)
Pomimo, że jestem sceptycznie nastawiona do nowoczesnych interpretacji klasyków (i wciąż mażą mi się adekwatne dekoracje! Tak, mówię tu o betoniarce na scenie) to nie byłam zażenowana. Wręcz dobrze się bawiłam.
W sobotę Jam Session w Gwarku. A w niedzielę jakby nigdy nic wieczorno-nocny powrót do Dembridge z Bartkiem, Sławkiem, Filipem i Pawłem. Przez Kraków oczywiście. Około godziny 21 odebrałam telefon pod tytułem "Chcesz lecieć jutro do Izraela na 10 dni". Bez dłuższych zastanowień padło TAK ( i zaznaczę, że byliśmy już za Krakowem, ale Sławkowi nie przeszkadzałoby to w wysadzeniu mnie z samochodu ;). I tak więc o 24 wróciłam do mieszkania, do 2 w nocy się przepakowywałam i o 8 rano wróciłam (przez Kraków!) do domu tak aby o 23 wylecieć z Katowic do Tel Avivu.
I tak przez 10 dni będąc najmłodszą w grupie, nazywaną Młodą, Misiem i Maleństwem (Misju padało najczęściej) zwiedzałam, zwiedzałam, kąpałam się w Morzu Martwym (osobna historia), poznawałam przystojnych Panów, kupowałam, śmiałam się, odpoczywałam i po prostu świetnie spędzałam czas.
Co do Morza Martwego, to uprzedzam, że Polki wysmarowane błotkiem i kąpiące się potem w morzu wzbudzają ogóle poruszenie wśród ludności tamtejszej którego objawem są niegasnące blaski flesza i uśmiechy. Było miło, nie powiem, tak poznałam Hmada. Zakupiłam koszulkę 'America don't worry. Israel is behind you.'
Jeszcze tam wrócę.
Jednym z przebojów była Pani Lidzia, która pewnego dnia zupełnie nieświadomie stała się źródłem bardzo dowCipnego dowcipu.
Skłamałam na lotnisku mówiąc, że nie dostałam żadnego prezentu. Bo dostałam, i to ile i to jakie piękne.
A ta herbatka z miętą każdego dnia z rąk Tahmida- bezcenna.
Z ostatniej chwili- zostałam definitywnie namierzona i...






