sobota, 24 października 2009



Syndrom odsypiania tygodnia w soboty się nie załączył. Na szczęście.
Wyjazd 7:30 do Gliwic. Politechnika. Ale zanim, to jeszcze droga do. Czyli najlepsze i najciekawsze. Chociaż drodze powrotnej nic nie dorówna. Więc powiem tyle, że Barbara spała na mym ramieniu.
Najpierw wykład, na którym zasypiałam a iPod Tomka był 2 rzędy dalej. Z resztą sam właściciel jego również spał. Wypita pyszna czekolada z mlekiem z automatu (chcem takie w szkole!). Warsztaty z promieniowaniem jonizującym. Praca w grupach, czyli ja z Tomkiem. Mierzyliśmy promieniowanie. Ogólnie to coś nam nie wyszło, ale ok. Swój cel osiągnęłam, czyli sprawdzenie tego, czy telefon wyłączony wysyła jakieś promieniowanie. I tak: wyłączony- żadne, włączony 18, dzwoniący 20 (jakiś tam jednostek). Wniosek: można spać z wyłączonym telefonem przy głowie tak jak ja. Bardziej narażona jestem na promieniowanie kosmiczne- 17, a przy wybuchach na słońcu aż 48. I jestem lekko oburzona, że nie oprowadzali nas tamtejsi studenci, którzy byli całkiem całkiem, tylko jakiś doktorant. Któremu nie zależało na życiu, bo brał rękami zamiast szczypcami materiał promieniotwórczy mówiąc: 'a tam! na coś trzeba umrzeć'.
Droga powrotna. Zacznę od komentarzy Estery do zachowania Basi: 'ja pierniczę! Jaka faza!'. Wyjaśnię, wiec Basia podejmując temat jedzenia kota podany przez Sebastiana wymyśliła własny tekst piosenki o kocie, który już zdechł tragicznie na melodię: 'wieczorem, przed jej domem, wystawię ekran i wyświetlę film'. W jej wersji było coś o kłakach, futrze, flakach i whiskasach. Tak, to, że ona to śpiewa można sobie wyobrazić.
A to jeszcze nie koniec dnia. Trzeba było Panią Matkę z lotniska w Krk odebrać. Czyli czas spędzony na tarasie widokowym (zimnooo!), bajki mojego taty o różnych rzeczach związanych z samolotami. Po oczywistym opóźnieniu doleciały. W między czasie znalazłam z Panem Ryszardem funty :D Wszystkie żywe i uśmiechnięte. Wpadły w turbulencje, ale jakiś przygody po drodze być musiały. Ściernianeczka wracała ze mną. Odstawiliśmy ją na wesele. Pogadałyśmy o Ukrainie i takich innych sprawach. Potem już w domu prezent dla mamy na powitanie. I było to ciasto. A jego historia jest następująca: po powrocie wczoraj ze szkoły kazano się dziecku położyć spać, bo dziecko zmęczone. Dziecko się położyło, ale po 5 minutach zerwało się na równe nogi. Poleciało do ogrodu, w celu pozbierania gruszek, których już pod drzewem nie było. Zrobiło dziecko murzynka. W miedzy czasie zauważyło skrzynkę gruszek w domu. Ale już lekko po czasie. Gdy ojciec dziecka wrócił o 19 do domu, to ładnie pachniało. A dzisiaj się pysznie jadło. Wyszło :D
Z jakiego prezentu się dziecko najbardziej ucieszyło? Ze smaku Berlina, czyli Curry Gewurz Ketchup.
Dziecko chce ściąć włosy.
Już skończyłam, trochę za długo.

Do zobaczenia :)

1 komentarz:

  1. Wykłady super, zdjecie ... mega :D

    ale i tak brakowało mi boskiego Artura ;p

    OdpowiedzUsuń